Kontrowersyjnie. O dziwnym trendzie wśród mam.

https://pixabay.com/pl/baby-dziecko-urodzenia-zaufania-1681181/

Jak to z młodymi mamami bywa w dzisiejszych czasach, po narodzinach zaczyna się lubić setki stron związanych z macierzyństwem, przez co (chcąc nie chcąc) na naszej facebookowej tablicy wyświetlają się dość często różne wpisy, a pod nimi komentarze innych mam. Przeważnie omijam artykuły, z którymi już na pierwszy rzut oka się nie zgadzam (po co psuć sobie nerwy), ale jednak niektóre rzeczy rzucają się dość mocno w oczy. Zauważyłam, że co raz więcej mam zaczyna się chwalić jak szybko wróciły do pracy.

I tutaj – zanim przejdę dalej – zaznaczam, że dalsza część mojego wpisu nie dotyczy w żadnym razie kobiet, które były zmuszone wrócić do pracy krótko po porodzie przez trudną sytuację finansową. Więc proszę na wstępie mnie nie oskarżać, że nie rozumiem takich matek. Owszem, rozumiem jak najbardziej. Też jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji finansowej, nie dostajemy żadnej pomocy od Państwa („rozdających” 500+ nie interesuje, czy musiałeś wziąć kredyt, żeby mieć gdzie mieszkać i ile Ci zostaje na rękę). Jednak mimo to, podjęliśmy decyzję, że nie oddamy synka do żłobka, ponieważ po podliczeniu wszystkich kosztów wyszło nam, że na czysto zarobiłabym 200-300 zł, jednocześnie musząc daleko dojeżdżać, często mając dwunastki, całe weekendy pracujące – w ogóle nie widywałabym synka.

Tak więc – kwestie finansowe rozumiem jak najbardziej. Dziwi mnie jednak, a wręcz przeraża jak czytam wypowiedzi matek CHWALĄCYCH SIĘ, jak to szybko wróciły do pracy (im szybciej tym więcej pochwał od innych „mam tego typu” – rozbroiło mnie jak przeczytałam „wróciłam do pracy jak córka miała 3 miesiące, to najlepsze co mogłam zrobić dla siebie” i wpisy wychwalające tą panią pod niebiosa). Większość tych kobiet publicznie, pod imieniem i nazwiskiem, chwali się, że miała dość siedzenia z dzieckiem w domu, a tak ma czas dla siebie, odpoczynek, a „przecież w żłobku też się dzieckiem zajmą”. Uważają się za super nowoczesne, wyzwolone matki.

Opadła mi szczęka.

Broń Boże, nie jestem za tym, żeby kobieta siedziała tylko w domu z dziećmi. Ale, litości, najpierw widzę jak koleżanki dodają zdjęcia z brzuchami, ubrankami, później wystrojonym noworodkiem, a następnie chwalą się, że „wyrwały się w końcu z domu do roboty, bo ileż można siedzieć przy dziecku, te 6 miesięcy trwało w nieskończoność”. Przepraszam bardzo, ale o czym one myślały? Że dziecko tylko leży, śpi, a później się uśmiecha i gaworzy? Oczywiście, że macierzyństwo potrafi wykańczać chwilami, godzinami, czasem nawet dniami i tygodniami. Moje dziecko płakało 23 godziny na dobę (nie, nie wyolbrzymiam! nawet pediatra nie wiedział co robić z takimi kolkami) przez pierwsze 4 miesiące, miesiąc później zaczęło się potworne ząbkowanie, wszystko mój synek przechodzi ciężko, więc wiem co to znaczy, jak macierzyństwo daje w kość. Ale – do cholery jasnej – w życiu bym tego nie zamieniła na siedzenie w pracy dla spokoju, bo to jest pójście na łatwiznę (mam ciężką pracę, ale z perspektywy czasu wydaje się banalna w porównaniu z codziennymi obowiązkami matki). Nie boicie się, że Wam umkną unikalne momenty z życia Waszego dziecka? Ja czekałam na mojego synka wiele, wiele lat. Całą ciążę drżałam, czy uda mi się ją donosić. I teraz ten mój mały duży cud miałabym oddać do żłobka, bo mam dość pieluch i płaczu?

W lutym bardzo pogorszył się mój stan zdrowia, później byłam operowana, po czym bardzo długo nie mogłam brać synka na ręce, nie wolno mi było robić wielu rzeczy przy nim. Zaczęło mi umykać mnóstwo spraw, synek powoli zaczynał traktować jako mamę swoją babcię. Płakałam jak bóbr jak w końcu mogłam go wziąć na ręce żeby pocieszyć jak płakał, bo go bolało przez ząbki, jak mogłam zmienić tę głupią pieluchę – zaczęłam takie rzeczy doceniać.

Pierwsze miesiące są najtrudniejsze, jednak nikt mi nie powie, że PÓŹNIEJ mając tylko jedno dziecko nie może znaleźć trochę czasu dla siebie, czy na wypicie kawy. Moje życie jako matki się odmieniło, gdy wprowadziłam kilka zmian. Gdy położę synka spać wieczorem, to nie ma żadnego sprzątania i setki bzdur, to jest czas dla mnie – na wyciągnięcie nóg na łóżku, na rozprostowanie obolałych pleców po tym jak w ciągu dnia tysiąc razy się schyliłam. Świat się nie zawali jak rano na 20 minut puszczę synkowi na YouTubie jego ukochane piosenki, a ja w tym momencie wypiję gorącą kawę. A przede wszystkim – dziecko powinno mieć trochę swobody w zabawie. Nie musicie nad dzieckiem wisieć 24 godziny na dobę, ono musi samo się wielu rzeczy nauczyć, mój synek uwielbia jak daję mu „swój spokój” na jakiś czas. Zamykamy się w jego pokoju – on jest dosłownie wszędzie, mały huragan, bawi się czym ma ochotę, ja biorę poduszkę, dobrą książkę i mam chwilę relaksu – synek jak ma ochotę się przytulić, to „przyraczkowuje”, jesteśmy razem, każdy zadowolony.

Po co się wykańczać, a później uciekać przed dzieckiem do pracy? Nie lepiej zmienić kilka rzeczy w codziennym dniu? Wiele matek chce żyć zgodnie z nierealnymi poradnikami dostępnymi w Internecie, być perfekcyjnymi, żyć wg wpisów idealnych blogerek parentingowych, chwalących się wyidealizowanymi, wyreżyserowanymi zdjęciami swojego życia, a później wysiadają, i tracą na tym wszyscy. Mi już otworzyły się oczy, że takie życie nie jest realne. Wolę być nieperfekcyjną mamą, ale mamą obecną.

Ostatnia sprawa. „Nie mogłam się rozwijać przy dziecku”. A to, przepraszam bardzo, dziecko zakuło Cię w kajdany? W dzisiejszych czasach mamy takie możliwości rozwoju, o jakich nie śniło się kobietom 10 lat temu. Kursy podręcznikowe, internetowe, setki różnych opcji. Ja sama rozpoczynam w październiku studia doktoranckie. I choć bardzo mi na tym zależało, pewnie nie zdecydowałabym się wrócić na uczelnię, gdybym nie była na wychowawczym.

Ten trend, ze skrajności w skrajność, jest bardzo niepokojący – od totalnej kury domowej, dla której nic się nie liczy oprócz dziecka (ani mąż, ani ona sama) do kobiety uciekającej od macierzyństwa, „bo jednak było za ciężko”. A gdzie czasy mam, które nie zapominają o tym, że są kobietami, że mają też prawo do własnego rozwoju, do czasu dla siebie, ale nie pozbywają się dziecka „im szybciej, tym lepiej”?

I na koniec – pamiętajcie, o czym napisałam na początku – ten wpis tyczy się tylko matek, które chcą jak najszybciej wrócić do pracy, bo mają dość macierzyństwa (i od których pewnie mi się tutaj w komentarzach oberwie  :mrgreen: ).

2 przemyślenia na temat “Kontrowersyjnie. O dziwnym trendzie wśród mam.”

  1. Ahaja pisze:

    Już kilkakrotnie komentowałam podobne tematy. Ja po prostu tego nie pojmuję.
    Przy każdej z moich córek byłam tak długo, jak to możliwe – (przedłużając urlop i stosując różne inne chwyty:) Teraz, mając Tamarę odmówiłam dobrej pracy i zajmuję się wyłącznie tym, co dotąd było zajęciem dorywczym – pisaniem tekstów na zamówienie, a robię to nie ruszając się z domu, gdy mała już śpi. Trudno finansowo, ale na pieluchy wystarczy:) a obecności rodzica nic nie zastąpi. Często zadają mi głupie pytania, zwłaszcza panie w urzędach: dlaczego nie chcę wrócić do pracy, przecież dziecko ma AŻ 16 miesięcy! „Bo nie!” ucina mój Tomek, i dodaje: „Żona będzie z córeczką do, co najmniej 3 roku życia, a żaden żłobek nie wchodzi w rachubę! Mało tego: ja też zrezygnowałem z pracy na pół roku, żeby być przy córeczce!” Babki były w szoku.

  2. ~Sandra B, pisze:

    Ja w ogóle nie rozumiem jak można oddać dziecko do żłobka. Pomijam oczywiście w tej mojej ocenie kobiety, które były do tego zmuszone, bo nie były w stanie wyżyć z zasiłku czy innych takich, a partner też nie był w stanie zarobić na utrzymanie całej rodziny lub opuścił kobietę i dziecko. Czasami są sytuacje bez wyjścia i taki powrót do pracy dla matki i dziecka był najlepszą opcją. Wszystkich innych kobiet, które robiły to z wygody czy dla dodatkowych pieniędzy, które były zbędne (można się obyć bez nowego samochodu, większego telewizora, wołowiny co niedzielę na obiad) nie jestem w stanie poprzeć.
    Po pierwsze, wiem jak taka opieka w żłobku wygląda. Oczywiście są wyjątki i są panie, które zajmują się maluszkami z sercem i oddaniem, większość jednak idzie odbębnić swoje godziny i zarobić, a cudze dzieci ma gdzieś. Zrobi tyle ile musi, często przewinie dopiero przed samym przyjściem rodzica i potem maluchy są odparzone na pupie (to relacje mam, które oddały dzieci do żłobka, ale takie starsze lub właśnie z konieczności).
    Po drugie, taki maluch przechodzi wiele ciężkich chwil i potrzebuje bliskości, troski, opieki i miłości. Nie da mu tego opiekunka. Ty wspominałaś o ząbkowaniu i kolkach. Z relacji mojej mamy ja miałam kolki do pół roku. Ząbkowanie przechodziłam lepiej. Ani ona, ani ja nie potrafimy zrozumieć jak można takie dziecko płaczące, cierpiące zostawić właściwie na pastwę losu, pod opieką obcych ludzi, na rzecz właśnie wygody, wyrwania się, bycia mega nowoczesną i wyzwoloną. To nie byłoby coś dla mnie.
    Osobiście też będę chciała żyć po porodzie i nie być 24h z dzieckiem, choćby po to, by zdążyć za nim zatęsknić. Jednak nie będzie to wychodzenie do pracy codziennie (zwłaszcza, że ja też robiłam dwunastki, plus miałam dodatkowe zajęcie i także obejmowało to pracę w weekendy). Dopuszczam do siebie jednak myśl wyrwania się raz w tygodniu na zakupy, pójście na pizzę czy kawę z koleżanką, samotnego wyjścia na basen czy do kina. To wszystko dla równowagi psychicznej. Ja też mam ten luksus, że będę miała z kim tego maluszka zostawić i będą to osoby, które kochają go już równie mocno co ja, choć jeszcze nie ma go na świecie. To więc coś zupełnie innego niż zostawienie go na pastwę zupełnie obcej opiekunki. Dopuszczam do siebie nawet podjęcie pracy dorywczej, bo wiadomo, finanse są ważne, a nam też się nie przelewa, ale jeśli do czegoś takiego dojdzie, to wyłącznie w weekendy, najlepiej w same niedziele (jeśli dogadam się z pracodawcą), bo wtedy po prostu malec będzie miał opiekę tych najbliższych babć, prababć, taty, starszej siostry. To wszystko jednak po uzgodnieniu z najbliższymi, by ich nie obciążać, a jedynie korzystać z ich pomocy. Mojej mamy i babci raczej nie będę musiała do tego przekonywać. Obawiam się, że będę z nimi musiała walczyć o to, by zrobić coś przy tym maluszku samej, bo pewnie we wszystkim będą chciały mnie wyręczać.
    Możliwe, że mój pogląd, podobnie jak Twój, wynika z tego, że ja, mimo młodego wieku, bardzo długo starałam się o dziecko. Było już podejrzenie, że nie mam owulacji w ogóle. Od początku też z ciążą były komplikacje, nadal są. pierwsze krwawienia, gdy myślałam, że już poroniłam, potem krwistek, krwiak, ciągłe leżenie, krótkie spacery, przyjmowanie leków na podtrzymanie ciąży. Ja obecnie żyję w ciągłym strachu, że mogę tej ciąży nie donosić, choć ponoć maluszkowi nic nie zagraża, rozwija się prawidłowo (lekarz mnie tak pociesza). Jednak przy komplikacjach zawsze są te obawy i nie da się ich wyrzucić z głowy, przynajmniej ja nie potrafię. Staram się myśleć pozytywnie, ponoć to przyciąga szczęście, więc kompletuję pomału wyprawkę, odmalowaliśmy pokój, kupiliśmy karuzelę i lampki nad łóżeczko (łóżeczka i wózka jeszcze oczywiście nie). Staram się żyć myślą, że będzie dobrze, i że za te pół roku dojdzie do szczęśliwego rozwiązania.
    Pozdrawiam i z pewnością będę zaglądać :)

Odpowiedz na „AhajaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>